Prowokacje ks. Halika

Ksiądz profesor Tomasz Halik to prawdziwy prowokator: w piątą niedzielę Wielkiego Postu 2020 rozważa opowieść Friedricha Nietzschego o śmierci Boga.

W kazaniu, które zostało nagrane w kościele św. Salvatora w Pradze i zamieszczone w YouTube mówi o czasie epidemii. Kto zna czeski - w pierwszym komentarzu daję link do nagrania. Dla pozostałych - moja krótka notatka z tego kazania.

“Sytuacja, w jakiej się znajdujemy wiele nam zabrała i zabierze nam jeszcze więcej. Ale też wiele nam daje. Kto wie, czy jej skutkiem nie będzie to, że będziemy dojrzalsi, a być może także nasza wiara będzie bardziej dojrzała?

O ile pierwszych chrześcijan ludzie rozpoznawali z powodu ich wzajemnej miłości, tak dziś ludzie nas, chrześcijan poznają po tym, że w niedziele chodzimy do kościoła. I proszę: Papież jednym pociągnięciem pióra wydał dyspensę, która pozwala nam nie chodzić w niedziele do kościoła. Nawet telewizyjne transmisje nie są obowiązkowe. I mimo to ani o jotę nie jesteśmy chrześcijanami mniej!

Chodzić do kościoła na Mszę, świętować z innymi - to na pewno naturalne i dobre, ale jak widać, nie na tym stoi chrześcijaństwo.
Dzisiejsze drugie czytanie w formie negatywnej zbliża nas do odpowiedzi na pytanie, na czym chrześcijaństwo jest postawione: “jeśli ktoś nie ma Ducha Chrystusowego, ten do niego nie należy”.

Nie jest tam napisane, że kto nie bierze udziału w obrzędach wielkanocnych albo nie przystąpił do wielkanocnej spowiedzi “ten do niego nie należy”. Jak widać, czasem się po prostu nie da, a świat ani nasza wiara przez to się nie zawali. Jednak jeśli nie będziemy prezentowali “Ducha Chrystusowego” - Jego stanowiska wobec świata i innych ludzi - wtedy nasza wiara się zawali, a nasze kościoły się rozpadną.

Obecny czas jest być może treningiem przed sytuacją, która może szybko nastać, o ile Kościół - tak, celowo mówię Kościół, a nie świat - się nie zmieni. Osłabienie wpływu Kościoła nie jest tylko skutkiem jakichś wpływów zewnętrznych. Przestańmy narzekać na tsunami sekularyzmu, materializmu, konsumpcjonizmu czy jak by się jeszcze mogły nazywać te straszydła z umoralniających kazań. Nie da się już nawet tego wszystkiego zrzucić na dekady komunistycznych prześladowań. A już w ogóle nie jest to objaw modernizacji społeczeństwa, w którym postęp i nauka zwyciężają automatycznie nad wiarą i religią, jak nas tego nauczano dawniej w szkołach. Przecież widać to także u nas, że do przestrzeni uwolnionej przez wiarę nie wstąpiła nauka i rozum, ale raczej wszelkiego rodzaju przesądy.

Czasem kryzys religii bywa złotym czasem wiary. Przeciwieństwem zdrowej wiary są wyobrażenia o Bogu, które ateiści tacy jak Freud, Feuerbach albo Nietsche pomogli nam zdemaskować jako bożki, jako projekcje naszych lęków. To tu znajdujemy wyobrażenia Boga jako istoty siedzącej gdzieś w wygodnym centrum dowodzenia poza światem, która zsyła na nas klęski, miota piorunami zemsty, ale też niezawodnie spełnia nasze postulaty, którymi staramy się go przepłacić czy nim manipulować.

Nie - takiego boga nie ma. Nie szukajmy Boga jako mściciela. Szukajmy go raczej jako źródło siły i inspiracji dla tych, którzy w czasie katastrof nie myślą tylko o sobie, ale ofiarnie pomagają innym. Bóg działa jako solidarna miłość także w tych, którzy nie znają i nie wzywają jego imienia. Bóg jest dyskretny i pokorny. Tam, gdzie ludzie w ofiarnej miłości przekraczają sami siebie, tam obecna jest ta bezwarunkowa energia dobra, którą my nazywamy Bogiem.

Ta sytuacja będzie trwała tak długo, aż nie będziemy gotowi na zupełnie inny świat, a my, chrześcijanie, powinniśmy być gotowi na zupełnie inny Kościół. Obłąkane są wyobrażenia, zgodnie z którymi możemy się wrócić do tradycyjnej, barokowej religijności. Ale nie mniej obłąkane są wyobrażenia, że Kościół musi się jakoś modernizować, unowocześniać i przystosować do właśnie panującej mody. Od lat to powtarzam: kto się żeni z duchem czasu, szybko owdowieje.
W dzisiejszych czytaniach brzmi obietnicę Pana: “wywiodę was z waszych grobów”. Te słowa przypominają mi inny tekst, nad którym medytuję już od dziesięcioleci, tekst, który od ponad stu lat wielu chrześcijan straszył i okropnie prowokował. To głęboki, filozoficzny tekst filozofa Friedricha Nietschego o śmierci Boga. Ten tekst był sto tysięcy razy cytowany, ale znacznie rzadziej był rzeczywiście czytany, przemyślany, a jeszcze rzadziej zrozumiany. O co tam chodzi?
Nietzsche opowiada o szaleńcu, który w biały dzień z zapaloną latarnią idzie na targowisko i szuka Boga - a ludzie się z niego śmieją. Ale tym najważniejszym, czego wielu ludzi nie zauważyło jest to, że w opowieści Nietschego przyszedł on pomiędzy ludzi, którzy w Boga nie wierzyli. Opowieścią o tym, że zabiliśmy Boga Nietsche nie prowokował wierzących, ale ateistów, którzy już w Boga nie wierzyli i już nie kłopotali się tym, żeby go szukać.
Potem szaleniec idzie prowokować wierzących i wchodzi do kościołów, bo chce tam zaśpiewać requiem dla martwego Boga. A kiedy go wyprowadzają, pyta się, czym te świątynie są oprócz tego, że są grobami martwego Boga.?

Tak, wyobrażenie Boga, które było wynikiem lęków i określonych warunków społecznych jest już martwe, choć wielu chrześcijan próbuje je uparcie reanimować.
Dziś słyszymy obietnicę Pana: “wywiodę was z waszych grobów”.

Pan nas dziś wyprowadza ze świątyń i daje nam możliwość zupełnie innego przeżycia świąt Wielkiej Nocy. Bóg chce chyba od nas więcej, niż tylko tego, abyśmy zamienili prezbiterium kościoła na mszę w telewizji. Czytanie o pustym grobie będziemy prawdopodobnie czytać w domach, a nie w kościołach. Nie powiniśmy się nad tą pustką Grobu, podobnie jak pustką kościołów koncentrować tak bardzo, abyśmy nie dosłyszeli głosu z nieba: “Nie ma Go tu”.

Księga gości
YouTube Parafii
marker