Młodzi katole

Młodzi katole. Piękni ludzie z wewnętrznym płomieniem

„Młodzi katole nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich. Mieszkają w miastach greckich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosują się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz nie do uwierzenia prawa, jakimi się rządzą”.

Pozwoliłam sobie we fragmencie znanego „Listu do Diogneta” wprowadzić jedną zmianę, zastępując słowo chrześcijanie wyrazami młodzi katole. W moim odczuciu cała reszta się zgadza, choć tekst powstał pod koniec II wieku, ale pasuje jak ulał do dzisiejszej sytuacji.

Wśród laicyzujących się i sekularyzujących mas obecni są oni, młodzi wyznawcy Chrystusa. Ubierają się modnie, jak reszta rówieśników, uczą się, studiują i pracują, zakładają rodziny. Są oblatani tak jak rówieśnicy w informatyce i mediach społecznościowych, organizacja wielkiego eventu, protestu lub wsparcia dla ważnych spraw nie jest dla nich problemem, opanowali wszelkie możliwe know-howy, znają języki, objeździli z pół świata lub zrobią to wkrótce.

Patrząc na młodych mężczyzn i zwłaszcza na młode kobiety, których piękno potęguje czystość życia (śp. ojciec Joachim Badeni twierdził, że grzech nieczystości strasznie źle wpływa na urodę niewiast), trudno byłoby wskazać jakieś ich cechy szczególne. Dopiero bliższa znajomość i pogłębiona obserwacja, jak mawiają socjologowie, pozwalają na wyciąganie wniosków. A ta obserwacja pozwala dostrzec, że poza tym, co najważniejsze, czyli gorącą wiarą, cechuje ich nonkonformizm i wielka odwaga. I to jest ich znak rozpoznawczy.

Różnie bywało z ich wiarą – nie wszyscy od dzieciństwa byli grzeczni, część przeszła wszystkie nowoczesne stacje upadku, zdarzały im się bunty, odejścia i spektakularne nawrócenia. Potem opowiadają, że zawdzięczają swoją wiarę lub nowe życie rozmodlonym babciom lub charyzmatycznym duszpasterzom, są tacy, którzy nigdy nie odchodzili, zawsze byli „przy kościele”, ale wiedzą, że aby przy nim pozostać, potrzeba łaski i wielkiego wysiłku duchowego. Znają dobrze doktrynę, ich wiara szuka zrozumienia, ale co najważniejsze – modlą się i formują, szukają wspólnot, bo wiedzą, że dziś kultura i obyczaj nie poniosą ich ku Bogu, a przeważnie w całkiem przeciwnym kierunku.

Młodych katoli cechuje też pewna obojętność na oceny „świata”, nie przejmują się, co sobie pomyśli, gdy powiedzą na wejściu „Szczęść Boże”, przeżegnają się przed posiłkiem lub przeciwstawią aborcji. Ale to, co najważniejsze, to płomień, który trawi ich od wewnątrz, powoduje, że muszą się nim podzielić i stają się niezastąpionymi ewangelizatorami nie tylko rówieśników, ale i całej populacji.

Doskonale wyczuł ich Jan Paweł II, inicjując Światowe Dni Młodzieży, powierzając im ważne zadania organizacyjne, artystyczne, ale nade wszystko duchowe.

Że był to jeden z wielu natchnionych pomysłów świętego papieża, potwierdziły ostatnie ŚDM, gdzie wykazali się nie tylko talentami, inwencją i kreatywnością, ale gotowością zrezygnowania z rozmaitych zawodowych ścieżek kariery tylko po to, żeby Ewangelia dotarła jak najdalej i głębiej.

Co więcej, oni mówią językiem, który jest zrozumiały dla ich rówieśników i jest to umiejętność bezcenna wobec bezradności starszego pokolenia. Mają słuch metafizyczny, potrafią też czytać znaki czasu i sami inicjować ważne wydarzenia, tak jak choćby Wielką Pokutę na Jasnej Górze, w Roku Miłosierdzia.

Nie ma wątpliwości, że – tak jak ich dalecy przodkowie w wierze – często czują się samotni, bo są wyjątkami potwierdzającymi socjologiczne reguły dechrystianizacji młodzieży, że znana jest im gorycz odrzucenia i szydery. Ale wiedzą też, że w pewien sposób to ich naturalny los, bo przecież Pan Jezus im to obiecał, więc zero zdziwień, gdy ich to dosięga.

Jakieś dwadzieścia lat temu pojechałam do wsi Dzwola koło Janowa Lubelskiego, żeby zebrać materiał do reportażu. Jest ona fenomenem w skali ogólnopolskiej – w ciągu kilku dziesięcioleci mała wioska ofiarowała Kościołowi (nie wiem, jakie są obecne statystyki, z pewnością się zmieniły) ponad osiemdziesiąt powołań kapłańskich i zakonnych. Na pytanie, jak ten fakt wyjaśnić, mieszkańcy Dzwoli mieli identyczną odpowiedź: to efekt modlitwy.

Przy kościele gromadziła się ogromna liczba róż różańcowych, tak jak w całym kraju. Panie powierzyły mi swój wyjątkowy sekret: w różach utrwalił się zwyczaj, że gdy któraś z członkiń czuła, że nadchodzi jej kres, szukała osoby, która zgodziłaby się zająć jej miejsce. Dzięki temu modlitewny wózek bez trudności toczył się dalej. W swej mądrości mieszkanki Dzwoli wiedziały, że można przeżyć bardzo pobożne życie, ale ważnym elementem tej pobożności jest zapewnienie następcy, bo to on zadba, by dzieło nie uległo rozproszeniu, a było kontynuowane.

Patrzę na młodych katoli, pięknych ludzi z wewnętrznym płomieniem. Nie wiem, co ich czeka, jakim próbom będą poddani. Słyszę, że jest ich mało i pewnie to prawda, chciałoby się, żeby było ich więcej. Mimo to tak jak stare parafianki ze wsi Dzwola czuję, że mogę umierać spokojnie. Bo choć nie są bardzo liczną grupą, mają moc wiary i są w stanie odwrócić szalony pęd ku nicości całego pokolenia. Gdyż – by wrócić do tekstu „Listu do Diogneta” – „czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie”, a to bardzo trudne, zobowiązujące, ale dające tyle szczęścia zadanie.

Matt Miklic Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina Petrowa-Wasilewicz – dziennikarka KAI, autorka kilkunastu książek, laureatka nagrody im. bp. Chrapka „Ślad”, współpracuje z Aleteia Polska

foto: Catholic Diocese of Sagin/Flickr

link do źródła

 

 

Księga gości
YouTube Parafii
marker